- To jednak żyjesz! - Ucieszył się będąc jednocześnie złym. - Możesz mi powiedzieć co ci strzeliło do głowy?
- A co mi strzeliło? - Nie miałem zielonego pojęcia o co mu chodzi. - Fontannę widziałeś?
- Jaką znowu fontannę? - Załamał się. - Wiesz w ogóle gdzie jesteś?
- Yyy, w Sheffield?
- W Toronto. - Wstał z krzesła. Dopiero teraz zauważyłem, że leżę na łóżku.
- Co się stało? - Usiadłem rozmasowując tył głowy.
- Nie wiem, ale mi to wyglądało na próbę samobójczą. Na szczęście nie udaną... - Podszedł do mnie pokazując mi jakiś biały pojemnik. - Skąd wziąłeś te leki?
- A to. - Skrzywiłem się, nie wiedziałem od czego zacząć. - Od... Miles'a.
- On ci je dał? - Widziałem, że jest coraz bardziej wściekły.
- Nie... - Uniosłem ręce w obronnym geście. - Proszę cię, tylko się nie denerwuj...
- Jak mam się nie denerwować jak chciałeś się zabić! - Stanął przy oknie wyglądając przez nie. - Pytam jeszcze raz: Jak to zdobyłeś?!
- No... Jak byłem u niego w pokoju to zgarnąłem pierwszą lepszą rzecz z półki...
- Całe szczęście, że to nie były mocniejsze leki... - Potarł dłonią oczy.
- Właśnie szkoda. - Wstałem z łóżka i przeglądnąłem się w lustrze. - Jestem tylko blady i kręci mi się w głowie. - Zerkałem na jego odbicie. Stał tyłem wciąż patrząc przez okno.
- Czy ty w ogóle siebie słyszysz?!
- Niedobrze mi... - Złapałem się za brzuch.
- Dziwisz się?! Wchrzaniłeś prawie całe opakowanie tego syfu!
- To przez nią... - Wymamrotałem podpierając się o pobliską szafkę. - Gdyby mnie nie zostawiła to...
- Chłopie... Jeszcze nie raz cię czekają rozstania... I co? Po każdym się będziesz zabijał?!
- A ty co zrobiłeś jak Diana odeszła?
- Przecież widziałeś w jakim byłem stanie. - Burknął w końcu patrząc na mnie.
- Ale nie... Chodzi mi o to, że gdy cię zostawiła... Gdy pojechała do Włoch. - Wysłowiłem się w końcu. Coraz ciężej mi się oddychało.
- Wpadłem w depresję, ale nie myślałem o samobójstwie. Z tego co widzę, to bierzesz przykład z Miles'a... Tylko, że tamten miał pistolet. - Przeczesał ręką włosy. - Znajdziesz sobie inną, Harriet nie była ciebie warta...
- Kochałem ją! - Przerwałem mu. - Nie rozumiesz?! Kochałem!
- Uspokój się. - Powiedział spokojnie. - Wszystko okey?
- Nie... - Odparłem szczerze. - Jak to wpadłeś w depresję? - Wróciłem do tematu.
- Normalnie. - Wzruszył ramionami. - Zwykle mam mocniejszą psychikę, ale wtedy nie wytrzymałem. Wiesz jak ciężko mnie było wyciągnąć z domu? - Uśmiechnął się do siebie. - Jamie z Matt'em stawali na głowie, żebym zgodził się na jakiś koncert.
- A Nick?
- Nick? On też.
- Ała... - Opadłem na krzesło przy stole.
- Potrzebujesz pomocy?
- Nie! - Czułem jak tracę siły.
- Dave! - Podbiegł, łapiąc mnie przed upadkiem. - Słyszysz mnie?!
- Mhm. - Nie mogłem ustać na nogach.
- Otwórz oczy! - Zaczął mnie z powrotem ciągnąć w stronę łóżka.
- Tato, zostaw mnie...
- To ja... Alex... - Posadził mnie na łóżku. - Twój kuzyn... - Klepał mnie po policzku. - Pamiętasz?
- Taa... Kuzyn... Pamiętam...
- Wzywam pogotowie. - Wyjął telefon i zaczął wystukiwać numer.
- Czekaj. - Złapałem go za nadgarstek. - Nie dzwoń...
Położyłem się. Nie miałem siły wstać.
- Pan David Turner? - Czyiś nieznany głos obudził mnie z tego koszmaru.
- Tak, to ja. - Otworzyłem oczy czując, jak ktoś świeci mi po nich małą latareczką.
- Wszystko będzie dobrze. - Ratownik zwrócił się do Alexa. - Zareagował na leki w kroplówce.
- Jakie znowu leki? - Spojrzałem na dłoń do której miałem przyczepiony wenflon.
- Kroplówka. - Alex wyjaśnił mi w skrócie. - Dziękuję panom. - Powiedział, gdy ratownicy wychodzili z mojego pokoju.
- Zadzwoniłeś jednak? - Zmieszałem się całym tym cyrkiem. - Po co?
- Okazało się, że masz uczulenie na jakiś tam składnik w tych tabletkach nasennych. Pomijając fakt, że znacznie je przedawkowałeś.
- Nie wyjęli mi wenflonu. - Uniosłem dłoń.
- Szlag! - Chwycił za klamkę. - Zaraz wracam, może ich jeszcze dorwę...
- No...
- Tylko nic nie kombinuj. - Pogroził palcem wychodząc.
- Spadaj.